Marzenie o zagranicznej wycieczce było w Polsce Ludowej jednym z najtrudniejszych do zrealizowania. Mimo to setki tysięcy ludzi uparcie dążyło do jego spełnienia, jednak nie po to, żeby zwiedzić obce kraje. Niezależnie od tego, czy kierunek podróży był wschodni, czy zachodni, jadąc tam, zawsze udawało się zabrać ze sobą coś na sprzedaż. Dzięki temu uzyskiwało się środki, by zrobić zakupy i przywieść ze sobą dobra, jakich w komunistycznej rzeczywistości brakowało. Pilnujący granic celnicy okazywali się wobec sprytu Polaków często bezsilni.
„Są na świecie dwie rzeczy niezwyciężone: Armia Radziecka i polski turysta” – powtarzano w Związku Sowieckim pod koniec lat 80. Na tę opinię wycieczki z PRL-u zapracowały sobie w całym bloku wschodnim. Nawet w Europie Zachodniej ten fakt był zauważany. Taką sławę wypracowały tysiące obywateli, którym ludowa władza zezwoliła na zagraniczne wojaże, acz do połowy lat 50. były one dostępne dla nielicznych.

Zespół muzyczny złożony z pograniczników ze Strażnicy Wojsk Ochrony Pogranicza Karszno-Nowe Warpno
Kliknij „Rozwiń” i przeczytaj więcej o turystyce w PRL-u
ROZWIŃZwiń

Paszport z PRL-u
Rocznie odnotowywano raptem ok. 170 tys. przekroczeń granicy. Większość osób podróżowała do krajów komunistycznych, na Zachód jeździli tylko zaufani wybrańcy. W 1951 r. było to dokładnie 1890 osób. Dopiero polityczna odwilż w 1956 r. zliberalizowała politykę paszportową. Nowy I Sekretarz partii komunistycznej Władysław Gomułka zgodził się wydawać paszporty tym, którzy spełniali wyśrubowane kryteria. Jeżeli ktoś chciał wybrać się w pojedynkę do kraju kapitalistycznego lub komunistycznego, musiał zdobyć zaproszenie od osoby tam mieszkającej, co oznaczało konieczność posiadania za granicą znajomego lub krewnego. Potem należało uzyskać zgodę na wyjazd wydaną przez zakład pracy. Plik dokumentów odnosiło się do Wydziału Paszportowego Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej, będącego w rzeczywistości częścią Służby Bezpieczeństwa. Tam decyzję podejmowano uznaniowo i często bywała odmowna. O wiele wygodniej przedstawiał się wyjazd z wycieczką „Orbisu” lub innego państwowego biura podróży. Osoby wybierające grupową podróż, standardowo nadzorowaną przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, mogły liczyć na łatwiejszy dostęp do paszportu i nie musiały posiadać zaproszeń. Skład wycieczki kompletowano zwykle przez kilka miesięcy, wszystkie zgłoszenia kontrolowało bowiem Biuro Paszportów MSW. Na koniec wyznaczano kierownika wycieczki i wyprawa ruszała w drogę. Ta sama procedura dotyczyła wycieczek zarówno do krajów kapitalistycznych, jak i demoludów. Zachowania turystów w tych państwach również się od siebie zbytnio nie różniły.
Wyprawy po złote runo
„Często zasadniczy cel wycieczek – zacieśnianie przyjaźni, zwiedzanie kraju i poznanie jego zabytków nie jest osiągany w pełni, ponieważ wielu uczestników wycieczki zajętych jest przede wszystkim handlem i spekulacją, a nie zwiedzaniem” – raportowało Biuru Politycznemu w sierpniu 1956 r. MSW. Przez następne pół roku odnotowano, iż wycieczki z Polski dostarczyły do sklepów komisowych w ZSRS, skupujących używane towary, tyle produktów, iż sowieckie władze wprowadziły zakaz nabywania przez te placówki czegokolwiek od cudzoziemców. Turyści z PRL-u zainteresowali się więc innymi państwami bloku wschodniego. Ów stan rzeczy wynikał z tego, że Polacy zarabiali marnie, a sklepy w kraju były fatalnie zaopatrzone. Zagraniczny wyjazd dawał szansę na zdobycie dodatkowego dochodu i jednocześnie dóbr niedostępnych w ojczyźnie. W połowie lat 60. popularne stało się w PRL-u powiedzenie: „jesteśmy za biedni, aby urlop spędzać w kraju”. Jednak najwięcej zarabiało się na wyjeździe do innego państwa bloku wschodniego wówczas, gdy oferowało się tamtejszym kupcom rzeczy wyprodukowane na Zachodzie.
Tymczasem Gomułka wypuszczał Polaków do krajów kapitalistycznych bardzo niechętnie. Rolę dostawców wzięli więc na siebie marynarze. Wkrótce Polską Marynarkę Handlową zaczęto nazywać „marynarką handlującą”. To, co marynarze przywozili z Zachodu, polscy turyści rozprowadzali w innych demoludach. W książce Tylnymi drzwiami. Czarny rynek w Polsce 1944-1989 prof. Jerzy Kochanowski podkreśla, iż tą drogą zaspokajano: „niemałą cześć czechosłowackiego popytu na gumę do żucia (w końcu lat pięćdziesiątych) czy radzieckiego na peruki lub dżinsy (dekadę później)”.
Między zachodem a wschodem
Pod koniec rządów Gomułki odnotowywano prawie 200 tys. wyjazdów zagranicznych rocznie. Podróże na Zachód stanowiły przy tym nie więcej niż 70 tys. Wypuszczano tam tylko wybrańców: członków partyjnej nomenklatury, sportowców, artystów, naukowców. Z tego grona najbardziej obrotni okazywali się ludzie związani ze sportem. Szermierz Jerzy Pawłowski rozpracowywał dla Wojskowej Służby Wewnętrznej osoby, z którymi jeździł na turnieje. Z jego raportów wynikało, iż przemytem i handlem zajmowali się praktycznie wszyscy, włącznie z… samym Pawłowskim. Po latach chwalił się, że w 1968 roku, gdy Igrzyska Olimpijskie w Meksyku dobiegły końca, odkupił od ich organizatorów rezerwowe złote medale. Sprzedał je po wylądowaniu w RFN, a za zysk kupił tam mercedesa. Inni sportowcy też mieli głowę do interesów. W tym samym roku na zimową olimpiadę w Grenoble reprezentacja Polski pojechała ubrana w zakopiańskie kożuszki. Wrócili już bez wierzchnich okryć, sprzedając je po 200 dolarów za sztukę. Tym razem jednak wybuchła afera. Tygodnik „Kierunki” grzmiał: „nieistotna jest tutaj wysokość sumy zaangażowanej w takich transakcjach. Tego rodzaju postępowanie, na podstawie art. 49 § 1 ustawy karnej skarbowej podlega karze pozbawienia wolności do lat 5 i grzywnie w wysokości do miliona złotych”. Jednak sportowcom reżym wybaczał wiele i skandal wyciszono.

Żołnierze WOP. Źródło: Timaska, CC0, via Wikimedia Commons
Reszta obywateli na bardziej liberalne podejście władz musiała poczekać do początku lat 70. Nowy I sekretarz Edward Gierek trafnie wówczas zdiagnozował, iż przeciętny Polak marzy o konsumpcji oraz podróżach. Ułatwiając wydawanie paszportów i zwiększając liczbę wycieczek, pozwolił na realizację obu marzeń. Wkrótce każdego roku pół miliona Polaków przekraczało granicę. „Ci bez trudu spostrzegali różnice w zaopatrzeniu sklepów, różnice kursów wymiany, różnice cen i jakości towarów, w Polsce i odwiedzanych krajach, czy też pomiędzy odwiedzanymi krajami” – zauważa w opracowaniu Międzynarodowa mobilność zarobkowa w PRL Dariusz Stola. Błyskawicznie też nauczyli się na tym zarabiać. Miesięczna pensja nie przekraczała wówczas 4 tys. zł, tymczasem wpisowe na wycieczkę w biurze podróży wynosiło ok. 15 tys. zł, a tzw. promesa dolarowa dla czteroosobowej rodziny 25 tys. zł. Tak olbrzymi wydatek oznaczał, że wyprawa musiała się zwrócić. Wedle standardowej notatki sporządzonej w 1973 r. przez Biuro Paszportów MSW, uczestnicy wycieczki do Egiptu zorganizowanej przez „Juventur” wieźli ze sobą: „68 kryształów, 38 żelazek elektrycznych, 21 zegarków NRD Ruhla, 17 wentylatorów itp.”. Wartość tego sprzętu oszacowano na 53 tys. zł. Co zadziwiające ci sami turyści wrócili do kraju z przedmiotami wykonanymi ze złota, wartymi ok. pół miliona złotych.
Kliknij „Rozwiń” i przeczytaj więcej o turystyce w PRL-u