Podobnie stało się szesnaście lat później, gdy 12 października 1957 roku, na klatce schodowej kamienicy w Monachium, znaleziono ciało ukraińskiego działacza niepodległościowego Lwa Rebeta. Po oględzinach zwłok, lekarz sądowy orzekł zawał. Również zawał miał być przyczyną śmierci przywódcy OUN Stepana Bandery. Zupełnie jak w przypadku Rebeta, ciało znaleziono rankiem 15 października 1959 roku, na klatce schodowej kamienicy w Monachium, leżące nieopodal drzwi mieszkania należącego do Ukraińca. Nikt na Zachodzie nie podejrzewał nowego I Sekretarza KC Nikitę Chruszczowa, który przecież ujawnił część stalinowskich zbrodni, o to, że sięgnął po metody poprzednika. A jednak tak się działo. Po przekształceniu NKWD w KGB nadal funkcjonowała komórka nazwana Wydziałem 13, która przejęła funkcję Zarządu Zadań Specjalnych, doskonaląc metody dyskretnego mordowania niewygodnych osób. W przypadku Lewa Rebeta oraz Stepana Bandery, do ich zgładzenia użyto malutkiego pistoletu zasilanego baterią elektryczną, który wyrzucał ampułki zwierające mieszankę trucizn z przewagą cyjankali potasu. Ampułka rozpryskiwała się przed twarzą ofiary, a obłok trującej substancji szybko pozbawiał ją życia.
Oba dyskretne zamachy zamieniły się w wielki skandal za sprawą ich bezpośredniego wykonawcy, oficera KGB Bohdana Staszynskiego. Odznaczony przez Chruszczowa Orderem Czerwonego Sztandaru, Staszynski zbiegł wraz ze swoją żoną Ingą Pohl 12 sierpnia 1961 roku z NRD do Berlina Zachodniego. O jego konferencji prasowej, podczas której przyznał się do zamordowania dwóch ukraińskich przywódców, donosiły media na całym świecie. Większe zainteresowanie wzbudził tylko miotacz trucizny, którego miejsce ukrycia wskazał morderca. Chruszczow nie wybaczył służbom specjalnym kompromitacji. Do dymisji musiał podać się kierujący KGB Aleksander Szelepin. Jednocześnie zdegradowano lub usunięto ze służby siedemnastu wysokiej rangi oficerów. Tymczasem Staszynski, po krótkim pobycie w zachodnioniemieckim więzieniu, wraz z żoną wyjechał do USA.
Bratnia pomoc

Artykuł o zamordowaniu Markova
Chruszczow po ucieczce Staszynskiego zabronił mordowania mieszkających na Zachodzie dysydentów. Również jego następca Leonid Breżniew trzymał się tej reguły, acz godził się na wyjątki, jeśli z prośbą o pomoc zwrócił się któryś z krajów Bloku Wschodniego. Wówczas KGB zapewniało pomoc techniczną oraz doradztwo, lecz zamach wykonywał agent „bratniej służby”. W drugiej połowie lat 70. bułgarski minister spraw wewnętrznych gen. Dimitr Stojanow poprosił szefa KGB Jurija Andropowa o pomocy przy likwidacji najbardziej uciążliwych opozycjonistów przebywających w Europie Zachodniej. Przekazano wówczas bułgarskiej służbie bezpieczeństwa DS (Drżawna Sigurnost) partię parasoli wyposażonych w samopał i tłumik. Strzelały one kuleczkami śrutu ze stopu platyny i irydu. W każdej wydrążono malutki otworek, a następnie wlano 0,2 miligrama rycyny i zatkano woskiem. Taka dawka zabija każdego człowieka. Jednak pracujący dla Radia Wolna Europa Władimir Kostow cudem przeżył. Stało się tak dzięki grubemu swetrowi, jaki założył w samym środku lata. Gdy 26 sierpnia 1978 r. czekał na jednej ze stacji paryskiego metra, zamachowiec z parasolem wystrzelił mu prosto w plecy. Wprawdzie śrucina przebiła sweter, lecz utkwiła płytko pod łopatką w tkance tłuszczowej. Bułgarski dysydent przez następne dni ciężko chorował, lecz żył, bo z przytkanego zbiorniczka przedostały się do organizmu mikroskopijne ilości trucizny.
Tyle szczęście nie miał jego przyjaciel z Radia Wolna Europa, Georgi Markow. Agent DS trafił go śrutem w udo, gdy dysydent 7 września 1978 roku stał na londyńskim moście Waterloo, obok przystanku autobusowego. Markow konał przez trzy dni, a lekarze nie potrafili zdiagnozować przyczyny. Dopiero po śmierci wyjęto z małej ranki na udzie kuleczkę śrutu. Gdy stało się o tym głośno w mediach, Kostow pojechał do szpitala i wówczas w jego plecach znaleziono identyczny śrut ze zbiorniczkiem pełnym śmiercionośnej rycyny. Skandal, który uderzył w reputację Związku Sowieckiego, sprawił, że tamtejsze służby znów zaczęły z większą ostrożnością podchodzić do skrytobójczych misji. W tym samoograniczeniu się Sowieci wytrwali aż do upadku ZSRS i dopiero prezydent Władimir Putin przypomniał światu o starych, stalinowskich metodach.