Rewolta w Braszowie

Szaleńcze pomysły rumuńskiego dyktatora Nicolae Ceaușescu doprowadziły cały naród do nędzy. Jednocześnie rozbudowana tajna policja Securitate w zarodku tłumiła wszelkie oznaki sprzeciwu. W listopadzie 1987 r. w Braszowie sytuacja wymknęła się jednak spod kontroli. Po objęciu władzy w Rumunii przez Nicolae Ceaușescu w 1965 roku wydawało się, że kraj podążać będzie w kierunku liberalniejszej odmiany komunizmu. Złudzenie to nasiliło się, gdy Rumunia nie przyłączyła się do interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, a sam Ceaușescu potępił inwazję. W rzeczywistości cała różnica polegała na mocniejszym rozgrywaniu uczuć narodowych. W dodatku wkrótce potem lider Rumuńskiej Partii Komunistycznej zafascynował się chińskim i północnokoreańskim modelem systemu.

Ceauşescu w otoczeniu tłumu ludzi, w tym dzieci. Za nimi są trzy drzewa i biała brama z napisem "Stadionul Jiul"

Wizyta prezydenta Nicolae Ceauşescu w dolinie Jiu, 3 sierpnia 1977 roku. Źródło: Online communism photo collection, numer #BA142

Ku nieszczęściu Rumunów, ta fascynacja nie ograniczyła się do przejęcia rozbudowanego kultu jednostki. Ceaușescu postanowił uniezależnić się gospodarczo od świata zewnętrznego, m.in. poprzez przedterminową spłatę zadłużenia zagranicznego. Ponadto zapragnął przebudować cały kraj w ramach tak zwanej „systematyzacji”. W efekcie zniszczono tysiące wsi, zastępując je „agromiastami”. Ponadto rozpoczęto przebudowę historycznych centrów niektórych miast. Największe straty kulturalne przyniosło wyburzenie dużej części Bukaresztu. Ponadto rozpoczęte monumentalne inwestycje, na czele z Pałacem Ludu, drugim co do wielkości budynkiem na świecie, ogromnie obciążały gospodarkę całego państwa.

Pogarszająca się sytuacja gospodarcza, początkowo wywoływała protesty. Największym z nich był strajk górników w dolinie Jiu z początku sierpnia 1977 r. Przybrał on takie rozmiary, że próby stłumienia go siłą się nie powiodły. Ceaușescu spotkał się na wiecu ze strajkującymi, strasząc ich rzekomym zagrożeniem sowieckim. Ostatecznie jednak musiał obiecać spełnienie ich postulatów. Na uczestników strajku spadły represje, by udaremnić kolejne wystąpienia, zwiększono aktywność Securitate w fabrykach.

 

Kliknij „Rozwiń” i przeczytaj więcej o rewolcie w Braszowie
ROZWIŃZwiń

Następny duży protest miał miejsce dopiero dziesięć lat później. Poprzedziły go mniejsze wystąpienia w mieście Kluż-Napoka w listopadzie 1986 i fabryce maszyn Nicolina w Jassach w lutym 1987 r. Wszędzie postulaty były podobne – żądano poprawy zaopatrzenia i podwyżek płac.

Po południu 14 listopada 1987 roku robotnicy jednej z największych fabryk w Braszowie – fabryki autobusów Czerwony Sztandar – otrzymali pomniejszone o połowę wypłaty. Nocna zmiana rozpoczęła strajk, żądając wyjaśnień. Nad ranem, w niedzielę 15 listopada, w zakładzie pojawili się robotnicy z kolejnej zmiany. Po kilku godzinach oczekiwania na przybycie przedstawicieli władz część strajkujących postanowiła udać się pod miejscową siedzibę partii. Około godziny 11, kilkuset robotników opuściło fabrykę i rozpoczęło przemarsz w kierunku centrum miasta.

Tłum z flagami idzie ulicami Braszowa.

Braszów, 15 listopad 1987. Źródło: Fundației Academia Civică

Po drodze do demonstracji przyłączyli się pracownicy kolejnych fabryk i inni mieszkańcy miasta. Wznoszono antykomunistyczne okrzyki, a także hasła „Precz z dyktaturą”, „Chcemy chleba”. Odśpiewano historyczny hymn Obudź się Rumunie, zakazany przez komunistów. Ponieważ wiele osób nie znało słów, częściowo był on tylko nucony. Demonstranci wdarli się do gmachu Rumuńskiej Partii Komunistycznej. Przez okna wyrzucano portrety Ceaușescu oraz propagandowe utwory. Oburzenie zwiększyły znalezione przez manifestantów zapasy żywności, w tym egzotyczne rarytasy, jak pomarańcze i ananasy, od lat niedostępne w sklepach. Gniew tłumu obrócił się przeciw wyposażeniu budynku, pobito też jednego z partyjnych aktywistów. Wyrzucone przez okna meble i materiały propagandowe spłonęły w wielkim ognisku. Pod wieczór centrum miasta zostało otoczone przez wojsko, milicję i Securitate, wyposażone m.in. w specjalnie szkolone psy i wozy pancerne. Demonstrantów rozproszono, używano gazów łzawiących, wiele osób pobito, około 300 aresztowano.

 

Wrażenie, jakie wywarł na władzach protest, było tym większe, że 15 listopada 1987 roku, w całym kraju przeprowadzono „wybory” władz lokalnych. W ten sposób zwiększył się polityczny wymiar protestu. Aresztowanych poddano brutalnemu śledztwu, stosując różne formy przemocy fizycznej i psychicznej. Początkowo planowano wysokie wyroki, ostatecznie zdecydowano się jednak sprawę wyciszyć. Zorganizowano co prawda kilka pokazowych procesów w Braszowie, zapadały jednak zaskakująco niskie wyroki. 61 osób skazano na kary więzienia w zawieszeniu, połączone z przymusowym przesiedleniem w inne rejony kraju, których nie mogli opuszczać. Mieli tam odpracować swoje winy.

Aktem wielkiej odwagi był protest trzech studentów miejscowej politechniki, którzy stanęli przed stołówką z kartką „Aresztowani robotnicy nie mogą zginąć”. Zostali oni aresztowani, podobnie jak czterech innych studentów, podejrzanych o malowanie napisów solidaryzujących z uczestnikami protestu. Zostali oni następnie usunięci ze studiów, a do 1989 Securitate poddawała ich ścisłej inwigilacji. Demonstracja w Braszowie odbiła się szerokim echem na całym świecie. Oświadczenia solidarnościowe z protestującymi wydawały liczne struktury opozycyjne w bloku wschodnim, organizowano akcje ulotkowe i pikiety pod ambasadami komunistycznej Rumunii. Po 1989 r. uczestnicy protestu zostali zrehabilitowani, a dla upamiętnienia wydarzeń, postawiono pomnik, który stoi do dziś.

Niewielki pomnik złożony z kilku krzyży, które układają się w kształt kościoła. Za pomnikiem jest pałac.

Pomnik ofiar rewolty w Braszowie. Autor: Ferran CornellàCC BY-SA 3.0, via Wikimedia Commons

 

Udostępnij: