Enerdowska recepta na dysydenta

Perfidia, z jaką Stasi niszczyła w NRD osoby sprzeciwiające się totalitarnemu państwu, nie miała sobie równych. Walcząc z dysydentami, starano się unikać używania siły fizycznej. Zastąpiono ją przemocą psychiczną, opartą na odkryciach nowoczesnej psychologii. Ofiary skłócano z całym otoczeniem, izolowano, wprawiano w stany depresyjne lub maniakalne, a czasami nawet skłaniano do samobójstw. Gdy się to nie udawało, pozostawało jeszcze skrytobójstwo. Najperfidniejsze egzekucje wykonywano na raty, używając substancji radioaktywnych, ponieważ zabijały cicho i bez śladów.

Szara ciężarówka. Na pace ma zamontowane drzwi z kratą, w którą wsadzono materiał zasłaniający światło.

Transporter więźniów Stasi (zmodyfikowana ciężarówka skrzyniowa oparta na Barkas B 1000). Źródło: Rob HCC BY-SA 3.0, via Wikimedia Commons

Popularny w Niemieckiej Republice Demokratycznej bard Wolf Biermann, za młodu – jak potem mawiał – „umierał z miłości do komunizmu”. To sprawiło, że zaraz po ukończeniu szkoły średniej w 1953 r. przeniósł się z RFN do Berlina Wschodniego. Tam rozpoczął studia na Uniwersytecie Humboldtów. Jednak miłość studenta słabła i zaczął o tym wspominać w piosenkach, które pisał, a potem publicznie śpiewał. W końcu totalitarne państwo uznało, że twórczość Biermanna jest zbyt krytyczna i w grudniu 1965 r. enerdowska cenzura wydała zakaz publikowania oraz wykonywania jego utworów.

 

Kliknij „Rozwiń” i przeczytaj więcej o enerdowskich receptach na dysydenta
ROZWIŃZwiń
Biermann z wąsem, półdługimi włosami i spokojną miną, trzyma dziecko na baranach i rozmawia z mężczyzną.

Wolf Biermann. Źródło: MoSchleCC BY-SA 3.0, via Wikimedia Commons

Mimo to, jego utwory zdobyły sobie olbrzymią popularność wśród młodych ludzi, dlatego wciąż tworzył nowe. Zajęła się więc nim Stasi. Jako że aresztowanie Biermanna mogło wywołać protesty młodzieży oraz zachodnioniemieckich mediów, policja polityczna osaczała go dyskretnie. Jej funkcjonariusze wielokrotnie włamywali się do mieszkania poety pod jego nieobecność. Za każdym razem, jedynymi śladami ich bytności było coś niezwykłego. Znikał rękopis nowego wiersza lub jakieś nagranie z posiadanych przez barda kaset magnetofonowych. Biermann trafiał na wyczyszczoną kasetę lub nie mógł znaleźć spisanych przez siebie utworów i nie wiedział, czy ktoś u niego był, czegoś zapomniał, a może popada w obłęd? Jednocześnie konfidenci Stasi w podziemnym obiegu kolportowali wiersze naśladujące styl barda, wychwalające komunizm i władze NRD. Współpracownicy bezpieki twierdzili przy tym, że ich autorem jest Biermann.

Wielu dysydentów w NRD, dręczonych tak przez Stasi, doznawało załamań psychicznych. Poeta okazywał się nadzwyczaj odporny. Pozwolono mu więc w 1976 r. na podróż do RFN-u, gdzie mógł swobodnie występować. Podczas koncertu w Kolonii, Biermann śpiewał o „zgrzybiałych ramolach” z SED, odciętych od świata w swoim: „getcie za murem i drutem kolczastym”. Pierwszy Sekretarz SED Erich Honecker i jego otoczenie tego już nie zdzierżyli. Pozbawiono artystę wschodnioniemieckiego obywatelstwa, anulowano paszport i nie pozwolono wrócić. To przyniosło w NRD falę protestów wielbicieli barda. Tymczasem Biermann, zmuszony do pozostania na Zachodzie, wcale nie zaznał spokoju. Dziennikarze i krytycy literaccy w RFN, zwerbowani przez Stasi, regularnie atakowali lub ośmieszali twórczość poety. Nadal też kręcili się przy nim enerdowscy agenci. Za ich sprawą artysta konfliktował się z wydawcami. To oni podsyłali mu nieletnie prostytutki i podrzucali alkohol, gdy próbował zerwać z nałogowym piciem. Kiedy po upadku NRD otworzono archiwa tajnej policji, okazało się, że Wolfa Biermanna osaczało łącznie ponad 70 tajnych współpracowników Stasi oraz nieokreślona liczba funkcjonariuszy. Wszystko po to, żeby zmaltretowany psychicznie przestał pisać i śpiewać. Mimo to mógł się uważać za szczęściarza, bo innym dysydentom z NRD przytrafiały się jeszcze straszniejsze rzeczy.

Szkoła psychologicznego zmielenia człowieka

„W NRD ludzie wierzyli, że szpiedzy są wszędzie” – twierdzi autorka książki Dzieci Stasi Ruth Hoffmann. Ta wiara jak najbardziej pokrywała się z faktami. Sprawujący od 1957 r. kontrolę nad Staatssicherheit – w skrócie Stasi – minister bezpieczeństwa NRD gen. Erich Mielke, dbał o sukcesywną rozbudowę organizacji. Pod koniec lat 60. Stasi zatrudniała na etatach ok. 45 tys. funkcjonariuszy. „W roku 1989 na terenie NRD żyło ok. 17 mln obywateli, a aparat Stasi zatrudniał ponad 91 tys. etatowych pracowników. Jednemu pełnoetatowemu funkcjonariuszowi przypadało 180 mieszkańców. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że w Polsce jeden pracownik służb specjalnych potencjalnie musiał się zająć ponad 1,5 tys. obywateli, to naprawdę wyjątkowy wynik” – zauważała Hoffmann. Do tej liczby należy dodać 180 tys. tajnych współpracowników, donoszących oficerom prowadzącym, co nieprawomyślnego zaobserwowali. Po zsumowaniu wychodzi, że w NRD na 62 obywateli w każdym wieku, jeden zajmował się inwigilowaniem pozostałych. W żadnym innym kraju nawet nie zbliżono się do takiego stopnia totalnego nadzoru, sprawowanego przez państwo. Na dodatek funkcjonariusze bezpieki mogli teoretycznie zrobić z każdym człowiekiem, co tylko chcieli – brutalnie pobić, torturować po aresztowaniu, a nawet zabić.

Ściskają sobie dłonie i uśmiechają się.

Erich Honecker i gen. Erich Mielke (z prawej). Źródło: Bundesarchiv, Bild Y 10-0097-91 / CC-BY-SA 3.0CC BY-SA 3.0 DE, via Wikimedia Commons

Jednak z początkiem lat 70. nowy szef SED Erich Honecker uznał, że NRD potrzebuje pogłębienia współpracy ekonomicznej z krajami Europy Zachodniej oraz unormowania kontaktów z RFN. Nakazał więc Stasi zaniechania najbardziej brutalnych metod. Mordy, tortury, czy pobicia, były źle postrzegane w krajach demokratycznych i psuły nowy wizerunek NRD. Idąc z duchem czasu, gen Mielke obarczył Wyższą Szkołę Prawniczą w Poczdamie zadaniem opracowania metod niszczenia ludzi, bez zostawiania śladów przemocy. Ukryta pod niewinną nazwą uczelnia, od 1951 r. zajmowała się kształceniem kadr Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego. Pracujący dla niej naukowcy poszukiwali nowych odkryć, m.in. w dziedzinie psychologii. Korzystano z nich, opracowując metody wywierania wpływu na ludzką psychikę. Następnie uczeni przekazywali swą wiedzę funkcjonariuszom Stasi, skierowanym na studia i kursy dokształcające do Poczdamu. W razie konieczności służyli też merytorycznym wsparciem. Jak to działało w praktyce, pierwszy nagłośnił psycholog Klaus Behnke, opisując historię nieujawnionego z nazwiska dysydenta. Niszczenie psychiki ofiary, funkcjonariusze Stasi przeprowadzili stopniowo. Dzięki dorobionym kluczom, co jakiś czas włamywali się do jej mieszkania, by zabrać charakterystyczne przedmioty. Najpierw znikły jednobarwne ręczniki. Następnie podobny los spotkał kolorową pościel. Po kolejnych „zniknięciach” dysydent opowiadał o nich znajomym, aż ludzie przestawali mu wierzyć. W końcu popadał w głęboką psychozę i zawieszał swą publiczną aktywność, a o to przecież bezpiece chodziło.

Mielke rozmawia z wyborcami w fabryce, sądząc po strojach, produkują tam żywność.

Erich Mielke odwiedza okręg wyborczy, 1981 rok. Źródło: Bundersarchiv, Bild 183-Z0528-028, CC BY-SA 3.0 DE

Skłócić lub skompromitować

„Podstawą powinien być fakt, że Templin otrzymał obszerne czteropokojowe mieszkanie, na piętrze zainstalowano ogrzewanie bez jego wkładu finansowego i naprawiono całą instalację elektryczną, a odpowiednie organy państwa nie mogły temu zapobiec pomimo wiedzy, że Templin jest wrogiem NRD” – zapisano w założeniach operacji „Verräter” („Zdrajca”). Jej cel stanowiło skompromitowanie w oczach odradzających się w połowie lat 80. enerdowskich środowisk opozycyjnych, jednego z najsławniejszych dysydentów.

Słabym punktem Wolfganga Templina było to, że w 1973 r. Stasi udało się go zwerbować. Dwa lata później, ujawnienie tego przez opozycjonistę znajomym, zakończyło współpracę. Władze NRD tolerowały Templina, dopóki w 1985 r. nie założył z przyjaciółmi organizacji: Initiative Frieden und Menschenrechte (Inicjatywa Pokój i Prawa Człowieka). Chcąc przekonać współpracowników dysydenta, że nadal donosi do Stasi, rozpoczęto rozpuszczania różnorodnych plotek. Poczynając od tej, że za współpracę z policją polityczną został nagrodzony luksusowym mieszkaniem. Podejrzenia, iż dysydent prowadzi podwójne życie, starano się wzbudzić nawet u jego żony Reginy. Gdy opozycjonista był poza domem, dzwonił telefon i z kontekstu rozmowy wynikało, że telefonuje oficer Stasi, czekający na spóźniającego się agenta. Oprócz podważania zaufania trwało też osaczanie Templinów. Funkcjonariusze tajnej policji kontaktowali się z osobami dającymi ogłoszenia prasowe i podając się za Templina, zamawiali na adres jego mieszkania np. opony samochodowe, używaną pralkę, czy nawet małego szczeniaczka. Codziennie zjawiali się więc nieznajomi z czymś na sprzedaż, po czym urządzali awanturę, że musieli przyjeżdżać na darmo. W finale operacji „Verräter” aresztowano oboje małżonków i dano im wybór – zarzut zdrady państwa i proces lub dobrowolny wyjazd do RFN-u. Wykończeni psychicznie Templinowie wybrali emigrację. W bardzo podobny sposób rozbijano w NRD inne opozycyjne organizacje, choć czasami posuwano się o krok dalej.

Rozwiązanie ostateczne

Jürgen Fuchs. Źródło: Denis ApelCC BY-SA 3.0, via Wikimedia Commons

Psycholog i pisarz Jürgen Fuchs, w 1976 r. odważył się zaprotestować, gdy władze NRD nie wpuściły do kraju Wolfa Biermanna. Trafił wówczas na dziewięć miesięcy do aresztu. Jak zapamiętał, nikt nie znęcał się tam nad nim fizycznie. Bardzo długo go też nie przesłuchiwano, ale za to dręczono drobiazgami. W celi za dnia panował upał albo przeraźliwe zimno. Nocą co chwila włączało się, a następnie gasło światło. Prycza znajdowała się dokładnie na takiej wysokości, by Fuchs nie sięgał podłogi stopami. Z racji regulaminu, musiał siedzieć na niej pomimo drętwiejących nóg, bo kładzenie się i chodzenie po celi było zakazane. Nie otrzymywał też wiadomości od bliskich. Wreszcie, do jego posiłków zaczęto dodawać środki psychotropowe. Nieświadomy tego zmagał się z gwałtownymi wahaniami nastroju.

Gehenna Fuchsa nie stanowiła czegoś nadzwyczajnego. Dręczenie więźniów politycznych w NRD było standardem, choć przybierało różnorodne formy. Próbując złamać psychicznie dysydenta, funkcjonariusze Stasi starali się odkryć jego słabości. Jeśli osoba wykazywała skłonności samobójcze, chętnie wsadzano ją do aresztu, gdzie rozpoczynano cykl szesnastogodzinnych przesłuchań, z lampą świecącą nieustannie w oczy. Po kilku dniach więzień trafiał nagle do ciemnej, dźwiękoszczelnej celi. Tam panowała sprzyjająca depresji absolutna cisza. Aż pewnego dnia osadzony natrafiał, ku swemu zaskoczeniu, np. na ostre narzędzie, dające możliwość skończenia ze sobą. Jeśli to zrobił, Stasi miała problem z głowy. Gdy wolał żyć, lecz pod wpływem stresu doznawał kompletnego załamania nerwowego, wychodziło na to samo. Czasami, by przyśpieszyć bieg wypadków, podawano więźniom środki psychotropowe. Nigdy nie odnotowywano tego w dokumentach, lecz funkcjonariusze Stasi po 1990 r. potwierdzali powszechność tej praktyki. Wywoływały one m.in. uczucie zmęczenia, zaburzenia orientacji, stany lękowe, utratę kontroli nad wykonywanymi czynnościami.

Fuchs, jako jeden z nielicznych, wytrzymał ogromną presję i nagle, po dziewięciu miesiącach, przewieziono go wraz z żoną i dzieckiem do Berlina Zachodniego. Decyzja władz NRD zaskoczyła pisarza. Nie wiedział, że gdy jego „złamanie” okazało się niemożliwe, funkcjonariusze Stasi umieścili w celi radioaktywny cez-137. Resztę miała załatwić za nich, wywołana przez promieniowanie, choroba nowotworowa. Dopiero na początku XXI w. dr Klaus Becker odnalazł w archiwum Urzędu Gaucka dokumenty dotyczące eksperymentów, jakie enerdowska bezpieka prowadziła z materiałami promieniotwórczymi. Używano ich do „znakowania” dysydentów, aby pozostawiali radioaktywne ślady wszędzie tam, gdzie bywali. To ułatwiało ich nadzorowanie funkcjonariuszom wyposażonym w liczniki Geigera. Jednocześnie starano się doświadczalnie sprawdzić, jaką dawką promieniowania da się zabić opozycjonistę. Podrzucano więc materiały radioaktywne do cel (tak zadziało się m.in. w przypadku muzyka Gerulfa Pannacha) lub naświetlano zatrzymanych w pokojach przesłuchań, używając emitera promieni gamma, ukrytego za kartonową ścianą. Zbrodnicze eksperymenty uciął dopiero upadek NRD. Jürgen Fuchs, jedna z ostatnich ofiar Stasi, zmarł na rzadką odmianę nowotworu krwi w maju 1999 r.

„Pluskwy” z mikrofonami magnetycznymi, niektóre z nadajnikami lub wzmacniaczami. Źródło: AppaloosaCC BY-SA 3.0, via Wikimedia Commons

Udostępnij: