Elektryfikacja bez prądu

Na początku lat 70. narodził się w PRL-u plan zwiększenia produkcji przemysłowej o 50% w zaledwie pięć lat. Tymczasem wszystkie nowe fabryki potrzebowały prądu, a to wymuszało pośpieszną budowę kolejnych elektrowni. Jednakże, jak to zwykle w socjalizmie bywało, plany inwestycyjne notorycznie rozmijały się z życiem. W efekcie przez dekadę lat 80. notorycznie brakowało prądu dla zwykłych obywateli.

Elektrownia Bełchatów, 2009. Źródło: FlickrCC BY-SA 2.0, via Wikimedia Commons

 

Kliknij „Rozwiń” i przeczytaj więcej o elektryfikacji bez prądu
ROZWIŃZwiń

Jan Mitręga

W czasach rządów Władysława Gomułki (1956-1970) problemy z energią elektryczną regularnie przyprawiały tegoż I Sekretarza KC o ból głowy. „A więc energetycy obiecują nam niewyłączanie prądu – pod warunkiem, że sami odbiorcy, zarówno indywidualni, jak i wielkie zakłady przemysłowe, przestrzegać będą oszczędnego, racjonalnego, użytkowania mocy” – informowała na początku lat 60. „Trybuna Ludu”. Ten stan rzeczy sprawiał, że budowa nowych elektrowni stała się priorytetem. Za realizację tego planu odpowiadał Jan Mitręga. „Był najdłużej urzędującym ministrem odpowiedzialnym za energetykę i górnictwo w historii Polski – piastował tę funkcję od 1959 do 1974 r.” – wyjaśniają w książce Wiek energetyków Bartłomiej Derski i Rafał Zasuń. „Jacek Dreżewski, w PRL m.in. dyrektor Elektrowni Połaniec […] wspomina go jako człowieka o, delikatnie mówiąc, niewielkich kwalifikacjach intelektualnych, za to z nieodpartą skłonnością do wyrobów krajowego przemysłu spirytusowego” – dodają autorzy. Jednak Mitręga cieszył się zaufaniem Gomułki i potrafił uzyskiwać od znanego ze skąpstwa I Sekretarza aprobatę na wydatkowanie olbrzymich sum, koniecznych do powstania nowych elektrowni.

Rodziły się one jednak w bólach. Dyrektor elektrowni Turów Zygmunt Łątka ich budowę dzielił na pięć etapów: „Pierwszy etap budowy: nieopisany entuzjazm, drugi etap: nieopisany bałagan, trzeci etap: szukanie winnych, czwarty etap: karanie niewinnych i piąty etap: nagradzanie niezasłużonych”. W końcu jednak inwestycje finalizowano. Siedem wielkich elektrowni węglowych, powstałych w dekadzie lat 60., generowało łącznie 7,6 tys. MW (megawatów) mocy. Dzięki nim w 1970 r. system energetyczny PRL-u dysponował łącznie mocą ok. 12 tys. MW. To sprawiało, że czasowe przerwy w dostawach prądu odeszły do przeszłości. Po czym w 1970 r. zjawił się Edward Gierek.

Mnożenie mocy

Edward Gierek z gospodarczą wizytą

„Realizacja dynamizmu rozwoju kraju wyzwoli moc twórczą narodu” – ogłosił Edward Gierek w lutym 1972 r. podczas wiecu w Katowicach. Nieco wcześniej Biuro Polityczne zatwierdziło sporządzony pod egidą Mitręgi pięcioletni plan rozbudowy energetyki. Zakładał on rekordowe inwestycje w tej branży. Miały powstać nowe elektrownie o mocy prawie 7 tys. MW. Początkowo zapowiadało się, iż na tym polu reżym odniesie spektakularny sukces. Do 1976 w ramach planu pięcioletniego oddano do użytku bloki energetyczne o łącznej mocy 6100 MW. Nigdy wcześniej ani później w Polsce nie odnotowano takiego jej przyrostu. Jednak w 1974 r. zaczęło się okazywać, że kolejne inwestycje ukończone zostaną z dużym opóźnieniem. Z powodu niedoborów materiałów budowlanych, złej organizacji i malejącej chęci do pracy robotników, wlokły się one w nieskończoność. Chcąc temu zaradzić, na początek „awansowano” Mitręgę na stanowisko ambasadora w Czechosłowacji. Z jego ministerstwa utworzono natomiast dwa nowe: górnictwa oraz ministerstwo energetyki i energii jądrowej.

Reorganizacja i zmiany kadrowe na szczytach władzy nie przyspieszyły budowy elektrowni. Na to nałożyła się jeszcze ogromna energochłonność gospodarki PRL-u. W 1976 r. wiceminister energetyki Bolesław Bartoszek informował rząd, że „W 1972 r. zużycie energii na jeden dolar PKB w Polsce wynosiło 1950 kg paliwa umownego, w USA 1370 kg, w Wielkiej Brytanii 1374 kg, w RFN 1042 kg”. Marnotrawstwo energii sprawiało, iż jej zużycie rosło o 7% każdego roku. Mimo to w grudniu 1975 r. VII Zjazd PZPR przyjął uchwałę sprawozdawczą wprost tryskającą optymizmem. „Zapotrzebowanie kraju na energię elektryczną zostało zaspokojone. Nastąpiła dalsza poprawa ciągłości dostaw energii elektrycznej. Nadwyżki energii elektrycznej przeznaczono na eksport” głoszono.

Przejściowe trudności bez końca

Ten gejzer radości szybko wysechł, gdy zaraz po zakończeniu VII Zjazdu 22 grudnia „nastąpił niespodziewanie deficyt mocy w systemie i doszło do wyłączenia odbiorców dochodzących do 600 megawatów” – jak głosiła notatka przesłana z rządu do Biura Politycznego. Chwilę później kryzys energetyczny się pogłębił, bo przeciążenie sieci przyniosło liczne awarie, skutkujące wielogodzinnymi odłączeniami od prądu kolejnych miast. Spory udział w tym miało rosnące zadłużenie PRL-u. Aby zyskać dewizy na spłatę odsetek, najlepszy węgiel eksportowano i elektrownie dostawały paliwo coraz gorszej jakości. To powodowało awarie i przerwy w pracy bloków energetycznych.

Zima stulecia w Warszawie

Władze nie potrafiły poradzić sobie z tą kwadraturą koła. Pracujący w elektrowni Kozienice inżynier Jacek Dreżewski wspominał, jak podczas wizyty premiera Piotra Jaroszewicza dyrekcja poskarżyła się, że otrzymuje węgiel zmieszany z kamieniami. Szef rządu obejrzał to „paliwo” i stwierdził jedynie: ,,Przestańcie mi tu pierdolić, i to czarne, i to czarne”. Nadzieję na pokonanie kryzysu dawały nowe inwestycje, lecz nie udawało się ich ukończyć. ,,I co? I nic. Siadamy, uzgadniamy, wyznaczamy kolejne terminy i nic od tych terminów nie chce być lepiej” – opisywał swą wizytę na budowie elektrowni w Jaworznie pod koniec lat 70. wiceminister energetyki Lech Tymiński. Dlatego w drugiej pięciolatce przyrost mocy w sieci wyniósł 5,3 tys. MW, czyli mniej niż w pierwszej i o wiele za mało, jak na rosnące potrzeby kraju.

Co oznaczał eksport węgla za wszelką cenę, przekonano się 1 stycznia 1979 roku, wraz z nadejściem ostrzejszych niż zwykle mrozów. Elektrownie posiadały zbyt małe zapasy paliwa, a nowe dostawy wstrzymywało zimo połączone z wyprzedaniem zachodnim kontrahentom urobku kopalń. „Z powodu braku węgla kamiennego lub nieodpowiedniej jego jakości zaniżono moc elektrowni o ponad 600 MW, w elektrowniach blokowych: Ostrołęka o 400 MW, Łaziska o 200 MW. Z powodu braku węgla brunatnego w rejonie Konina wyłączono z ruchu praktycznie całą elektrownię Pątnów, poza blokami olejowymi nie pracują dwa bloki w elektrowni Adamów, część elektrowni Konin, razem 1600 MW” – wyliczał raport przekazany członkom Biura Politycznego 2 stycznia 1979 r. To przyniosło odcięcie od prądu sporych połaci kraju, a jednocześnie elektrociepłownie przestały ogrzewać ponad 600 tys. mieszkań w: Warszawie, Gdyni, Gdańsku, Wrocławiu Bydgoszczy i Częstochowie. Wśród Polaków, którzy na różne sposoby radzili sobie z dotkliwym chłodem, popularna stała się rymowanka: „Nam nie trzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery”. Tak, zimno zagroziło PRL-owi zagładą.

 

 

Kliknij „Rozwiń” i przeczytaj więcej o elektryfikacji bez prądu
ROZWIŃZwiń

Dwudziesty stopień zasilania

Niedobory energii zmuszały rząd Jaroszewicza do szukania sposobów na wymuszenie jej oszczędzania. Jednym z pierwszych posunięć była instrukcja z 1 sierpnia 1976 roku, nakazująca wycofanie ze sprzedaży grzejników elektrycznych, tzw. farelek, a także zaprzestanie ich produkcji. Tym sposobem chciano uniemożliwić obywatelom energochłonne dogrzewanie mieszkań i biur. Następnie postanowiono skrócić czas używania „prądożernych” telewizorów. ,,Przeprowadzona analiza wykazała, że dodatkowy pobór mocy elektrycznej w godzinach przedpołudniowych w dniach roboczych z tytułu emisji programów telewizyjnych wynosi od 200 do 300 MW, co przyczynia się do pogłębienia niedoboru mocy elektrycznej w tym okresie” – informował premier w piśmie przesłanym prezesowi Radiokomitetu Maciejowi Szczepańskiemu. Piotr Jaroszewicz zażądał wówczas, aby od 1 września 1976 r. do końca zimy nadawanie programów telewizyjnych w dni robocze rozpoczynać w południe.

Tłum zgromadził się na parkingu przed stocznią

Strajk w stoczni szczecińskiej. Autor: Stefan CieślakCC BY 3.0, Wikimedia Commons

Z czasem rząd postanowił także fabrykom wyznaczać dopuszczalne limity poboru mocy. Jednak ulgę elektrowniom przyniosły dopiero… strajki, które wybuchły latem 1980 r. Za ich sprawą znacząco spadło zapotrzebowanie na prąd. Wprowadzenie stanu wojennego przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego w grudniu 1981 r. i zepchnięcie „Solidarności” do podziemia przypomniało, jak źle wygląda sytuacja energetyczna kraju. Ekipa Jaruzelskiego poradziła sobie z tym na wojskową modłę. Przyjęto zatem, iż czasowe odcinanie obywateli od prądu jest koniecznością, zapewniającą płynne funkcjonowanie przemysłu. Następnie stworzono harmonogram tego, w jakich godzinach będzie następowało rotacyjne odłączanie od prądu kolejnych regionów w wybranych województwach. Ten sposób redukowania poboru z sieci miał nawet swą amerykańską nazwę, mianowicie: „wirujący blackout”. Wkrótce Polacy nauczyli się, że ograniczenia w dostawach energii określa się w skali od 11 do 20. Gdy słyszeli w radiu, iż czeka ich „dwudziesty stopień zasilania”, sprawdzali posiadany zapas świec i zapałek. Tak przetrwano lata 80., przyzwyczajając się, że energetykę PRL-u trapi permanentny kryzys, na który nie ma lekarstwa.

  • Derski Bartłomiej i Zasuń Rafał, Wiek energetyków. Opowieść o ludziach, którzy zmieniali Polskę, Warszawa 2018.
  • Gajdziński Piotr, Czas Gierka. Epoka socjalistycznej dekadencji, Warszawa 2021
  • Kaliński Janusz, Gospodarka w PRL, Warszawa 2012
  • Kwinta Wojciech, Energetyki polskiej droga do współczesności, https://www.cire.pl/pliki/2/M_PE_3_historia.pdf
Udostępnij: